Lewacki wpis o rowerach i zbiorkomie

Miałem napisać kolejny wpis o kłopotach Volkswagena, ale to już przestał być temat na felietony, bo życie przerasta publicystykę. Przypomnę tylko co ciekawsze niusy: po pierwsze okazało się, że amerykańska EPA wiedziała o technikach omijania testów… co najmniej od 1993 roku, bo wtedy jej pracownicy mówili o tym na jakiejś konferencji. Po drugie, nowowykryty (!) szwindel z zawyżonym (!!!) zużyciem paliwa (ergo i emisją CO2) w 1.4TSI oznacza, że trzeba się zabrać za wszystkich producentów systemowo, bo przecież zawyżają wszyscy. Jak pisał w komentarzach użytkownik sosek, wygląda na to, że UE się za to zabiera, i to w osobie naszej szwarnej freli ze Śląska, czyli komisarz Eli. Po trzecie, z innego frontu robót, okazało się, że benzynowy silnik EA888 (1.8 lub 2.0 TSI) ma wadę wałka rozrządu sterującego zaworami wydechowymi i całkiem przy okazji napędzającego też pompę wspomagania hamulców. Skutkiem czego w/w pompa traci napęd, a auto hamulce. No ale nie o tym miało być.

Otóż do dzisiejszego wpisu zainspirowało mnie niedawne otwarcie odbudowanego Mostu Łazienkowskiego (kudosy dla budowlańców, uwinęli się) i następujące po nim zdziwienie mediów, że ledwo oddany, a już się zapchał.

Kilka dni potem, dziennikarz Rzeczpospolitej Dominik Zdort (zawsze można na niego liczyć – to pomysłodawca deportowania polskich Tatarów i demaskator popularności biegania jako lewackiego spisku) napisał tekst, w którym wyjawia Jak Jest Naprawdę. Otóż korki to „efekt świadomie prowadzonej polityki miejskiej”; władze Warszawy odmawiają mu poszerzenia uczęszczanej przez niego ulicy Puławskiej, ponieważ „podlizują się różnej maści lewakom, oderwanym od rzeczywistości aktywistom ruchów miejskich, poruszającym się wyłącznie na deskorolkach i rowerach”. I w ogóle rządzący stolicą wysługują się rowerzystom, pieszym, biegaczom i deskorolkarzom (co jedna grupa to bardziej podejrzana), a „zwykłych ludzi z jakichś powodów nie lubią”.

Otóż nie wiem, na ile w prawach fizyki jest lewactwa, ale sprawa jest prosta: można mieć dowolnie szeroki lejek, ale wody przeleje się przez niego tylko tyle, ile zmieści rurka na dole. W przypadku Puławskiej, czy każdej innej ulicy wiodącej z przedmieść do centrum jakiegokolwiek dużego miasta, tą rurką jest pierwsze skrzyżowanie, za którym zaczyna się zwarta zabudowa – z kamienicami, chodnikami itp. Tam już się nic nie poszerzy. Więc wszystkie te auta, które dojadą sobie poszerzoną wylotówką (z założenia szybciej, chociaż też nie do końca – o tym za chwilę), staną po prostu w większym korku bliżej centrum. Kto nie wierzy, niech zobaczy sobie efekt dociągnięcia wlotu z autostrady do Alei Jerozolimskich, albo wpływ letniego otwarcia bramek na ruch na trójmiejskiej obwodnicy.

W dodatku budowa nowych dróg może w rzeczywistości pogarszać sytuację. Istnieje dobrze udokumentowana tzw. teoria Lewisa-Mogridge’a (po polsku zwana czasami prawem Lewisa-Mogridge’a, co jest nieco na wyrost – z tego co wiem, nie została jeszcze naukowo udowodniona), zgodnie z którą ruch samochodowy wypełni każdą nową drogę, korzyści z poszerzania znikają w ciągu miesięcy czy nawet tygodni, a niekiedy nowe inwestycje pogarszają sytuację, zamiast ją polepszać (tak się może dziać, kiedy np. dwupasmowa ulica ma miejscami trzeci pas – rozszerzanie się i zwężanie ruchu powoduje więcej zamieszania niż korzyści).

W dzisiejszych czasach, kiedy właściwie każdy ma samochód, albo i kilka, teoria L-M jest właściwie oczywistą oczywistością – jak mi wybudują drogę, to biere fure i jadę nią do miasta. I tak pomyśli każdy mieszkaniec Piaseczna, Konstancina, Łomianek czy Grodziska – w dwa tygodnie się zorientują i po korzyściach.

I to są proszę państwa fakty, które nie są ani lewicowe, ani prawicowe. Co może być lewicowe, to najwyżej sposób radzenia sobie z nimi – czyli przekonanie, że nie wystarczy zostawić spraw samym sobie, a niewidzialna ręka sama je rozwiąże. Tak jak rozwiązuje je w Lagos czy Mexico City.

Realne rozwiązanie jest jedno i nie jest niestety dobre dla miłośników motoryzacji. Podsumowuje je poniższy obrazek (ukradziony ze strony humantransit.org). Ile miejsca zajmują jadący do pracy pasażerowie autobusu, rowerzyści i kierowcy samochodów.

W miastach jest mało miejsca, i więcej nie będzie. Samochód zajmuje dużo miejsca per osoba. Ergo, na dłuższą metę wożenie się na co dzień własnym autem po dużym mieście to nie jest opcja.

Można sobie z tym radzić za pomocą kija, czyli na przykład opłat za wjazd do centrum, jak w Londynie czy Sztokholmie. A można użyć marchewki. Weźmy taki przykład, również z Londynu zresztą, który zaczerpnąłem z mojego ulubionego portalu rowerowego road.cc.

(źródło: http://road.cc/content/news/170123-popular-london-bike-route-double-capacity-year-long-trial)

Londyńska dzielnica Camden najpierw wydzieliła osobny, oddzielony pas dla rowerów wzdłuż m.in. Tottenham Court Road. Szybko się zapełnił, a poza tym był pełen niebezpiecznych prawoskrętów przez ruch samochodowy. Dlatego teraz – testowo – ruch samochodowy będzie tylko w jedną stronę, za to jeden z dotychczasowych pasów dla samochodów zamieni się w drogę dla rowerów.

Uzasadnienie?

Samochody przewożą tylko 16% podróżnych, za to zajmują aż 43% przestrzeni. Rowery zajmują tylko 13%, a już teraz przewożą 43% ludzi. Tylko żeby tak to działało, to trzeba wybudować prawdziwą, bezpieczną infrastrukturę rowerową nadającą się do codziennych dojazdów, a nie te kawałki ścieżek budowane u nas z myślą o niedzielnych rowerzystach i wydaniu kasy z Unii.

(A, i proszę mi nie mówić, że u nas się nie da, bo zima. Wystarczy zobaczyć, ile osób dojeżdża rowerem do pracy w takim np. Sztokholmie. Cały rok).

Drugi przykład, z Monachium. Tu też mnóstwo ludzi jeździ na rowerach, i też zniechęca się ludzi do posiadania samochodu (np. wszystkie miejsca parkingowe są płatne, również te np. na parkingach supermarketów; żeby parkować auto pod domem w centruj, trzeba mieć kartę parkingową, ważną tylko w konkretnej dzielnicy). Ale poza tym każdy mieszkaniec dostaje od miasta broszurkę, zachęcającą w racjonalny sposób do jazdy zbiorkomem. O proszę:

Ile trwa i ile kosztuje podróż z centrum do stadionu Allianz Arena autem, rowerem (co prawda elektrycznym) i zbiorkomem. Autem najdrożej i najdłużej. I nie ma w tym ściemy.

A jak już ktoś potrzebuje do czegoś auta, to zamiast kupować może wypożyczyć na godziny.

Można wybierać z sześciu różnych systemów i nie ma opcji, żeby nie znaleźć pod domem wolnego auta, jak jest potrzebne.

Jest oczywiście jedna ważna rzecz, która różni polskie miasta (Warszawa i Trójmiasto to znane mi przypadki, nie wiem jak jest gdzie indziej, ale pewnie nie lepiej) od takiego dajmy na to Monachium – to kapitulacja urbanistyki i pozwalanie na niekontrolowany, chaotyczny rozrost suburbiów, tych wszystkich dramatycznych Józefosławiów, Mysiadł i Białołęk z ich osiedlami budowanymi na wąskich chłopskich łanach, bez transportu miejskiego (autobus stojący w korku się nie liczy) czy jakiejkolwiek infrastruktury poza centrum handlowym. Albo dopuszczenie do stworzenia dzielnicy biurowej dla 100 tysięcy ludzi bez żadnych planów na metro, kolejkę czy szybki tramwaj. To jest właściwie jedyne wytłumaczenie, dlaczego wszystkie te samochody stoją co rano w trzypasmowym korku na Puławskiej. Bo postanowili się wynieść na przedmieścia, ale nie zastanowili się, jak będą dojeżdżać do pracy. I nikt ich nie przestawił na lepszą opcję, kijem czy marchewką. Albo innej opcji po prostu nie ma.

Dlatego zgadzam się, że projekty w stylu zwężania Świętokrzyskiej to w naszych warunkach zaczynanie od dupy strony. Najpierw zbudujmy zbiorkom (np w Warszawie dużo dałaby prawdziwa SKMka, i nie ma co się tłumaczyć przepustowością linii średnicowej – w niemieckich miastach S-Bahny kursują jeden po drugim co 2-3 minuty, więc można). Zbudujmy drogi rowerowe z prawdziwego zdarzenia (znowu, wiele nie trzeba – przecież i tak idą na to pieniądze, mogłyby iść rozsądniej). Zahamujmy urban sprawl, kiedy tyle jest wolnych działek w mieście. Ale od końca samochodu jako podstawy codziennego dojazdu do pracy nie uciekniemy. Ani od opłaty za wjazd do centrum, wspomnicie moje słowa.

78 thoughts on “Lewacki wpis o rowerach i zbiorkomie

  1. Ok, a teraz powiem Ci coś z punktu widzenia praktyka (tzn. osoby mieszkającej w tak pogardzanym przez Ciebie Konstancinie) a nie teoretyka (patrz felieton).
    Primo.Tak jak słusznie napisałeś na koniec rozmawiamy tu nie o Londynie, Monachium czy Sztokholmie tylko o Warszawie. Czyli mieście gdzie na 2 mln ludzi przypada 1,5 linii metra i kaleki ZTM. Jeśli warszawski ratusz przeciągnie mi metro pod lasem Kabackim to uwierz że z miłą chęcią się na nie przesiądę. Ale w tym momencie nie mam niestety innej opcji niż samochód ponieważ autobus jeździ co 1,5 godziny i wycyrklowanie na konkretne umówione spotkanie graniczy z cudem. Natomiast gdybym chciał jeździć do pracy rowerem to chyba lepiej byłoby żebym z niej nie wychodził…
    Secundo. Nie czytałem artykułu red. Zdorta ale obawiam się, że niestety ma rację. Władze Warszawy są albo niekompetentne (co do czego mam właściwie pewność) albo celowo prowadzą politykę dyskryminacji i nękania kierowców (zwłaszcza tych dojeżdżających z „podludzkich” przedmieść) bo inaczej nie da się określić powalonych pomysłów w stylu nowa ul. Świętokrzyska itp.
    Tertio. Jeśli chodzi o ulicę Puławską to tak naprawdę nie ma potrzeby jej poszerzać. Trzy pasy w każdą stronę to zupełnie wystarczająca ilość gdyby nie bezsensowne ograniczenia prędkości, fotoradary i światła co pół metra.
    Quatro. Popieram budowanie dróg dla rowerów. Nie popieram ludzi (a jest ich niestety bardzo dużo) którzy cisną sobie, z twarzą nieskażoną myślą, trzypasmową ulicą mając tuż obok wywaloną za grube pieniądze ścieżkę. Sorry ale to mnie osobiście doprowadza do białej gorączki. I, tak. Świetnie się bawię mijając takich idiotów na milimetry…
    I małe pytanie na koniec. Jak chciałbyś „zahamować urban sprawl”? Bo patrząc na przykład większości miast na zachodzie Europy i w USA jest to zjawisko raczej niehamowalne…
    (wiem że trochę się wyprodukowałem, no ale to drażliwy temat dla mnie)

    • Tertio. Jeśli chodzi o ulicę Puławską to tak naprawdę nie ma potrzeby jej poszerzać. Trzy pasy w każdą stronę to zupełnie wystarczająca ilość gdyby nie bezsensowne ograniczenia prędkości, fotoradary i światła co pół metra.

      Co jest bezsensownego w fotoradarach?

      „Quatro. Popieram budowanie dróg dla rowerów. Nie popieram ludzi (a jest ich niestety bardzo dużo) którzy cisną sobie, z twarzą nieskażoną myślą, trzypasmową ulicą mając tuż obok wywaloną za grube pieniądze ścieżkę. Sorry ale to mnie osobiście doprowadza do białej gorączki. I, tak. Świetnie się bawię mijając takich idiotów na milimetry?”

      Zadzwoń na 112, nagrodą za takie zachowania jest mandat karny.

      „I małe pytanie na koniec. Jak chciałbyś ?zahamować urban sprawl?? Bo patrząc na przykład większości miast na zachodzie Europy i w USA jest to zjawisko raczej niehamowalne?”

      Ależ to jest proste jak budowa cepa, trzeba przestać dopłacać do budowy domów, mieszkań i chlewików na zadupiu. Najtańsze i najbardziej dostępne powinny być mieszkania pod wynajem, należące do miast lub spółdzielni, a nie grunty orne objęte programem developer na swoim.

      • Co jest bezsensownego w fotoradarze postawionym przy prostej jak w mordę strzelił trzypasmowej ulicy? Proponuję żebyś sam odpowiedział sobie na to pytanie. Ale dla mnie osobiście jest to po prostu marnowanie pieniędzy podatnika, istnieje wiele bardziej niebezpiecznych miejsc w których ten radar służyłby poprawie bezpieczeństwa a nie zarabianiu na ludziach którzy próbują dojechać do pracy.
        Co do dzwonienia na 112. Zanim Policja dojechałaby na miejsce taki barani łeb jeden z drugim już dawno byłby gdzie indziej. To samo jest niestety z kierowcami którzy rozmawiają przez telefon. Ot, rzeczywistość.

  2. Wcale nie pogardzam Konstancinem, skąd ten pomysł. Ale dlaczego „władze mają Ci podciągnąć” (za podatki płacone m.in.przeze mnie). Sam przecież zdecydowałeś się wyprowadzić za miasto, choć miejsca w Warszawie nie brakuje.

    Urban sprawl można zahamować – np planami zagospodarowania i tepieniem odralniania gruntów. Zobacz jak wygląda np Praga – jest miasto, w pewnym miejscu kończy się jak nożem uciął i zaczynają się pola. Nie ma tej polskiej rozlazlej strefy urbanistyki łanowej.

    I nie zrozumiałeś argumentu co do Puławskiej – zniesiesz ograniczenia, wyłączysz światła, efekt będzie taki, że szybciej dojedziesz do większego korka na skrzyżowaniu z Wilanowską. Zobacz co się stało na Jerozolimskich.

    BTW ja jeżdżę rowerem po ulicy (co prawda tylko w weekendy). Powód – w polskich realiach ścieżki rowerowe nie nadają się do normalnego podróżowania, składaja się z niepolaczonych kawałków, są zastawione przez parkujące auta albo wydrukowane kostką.

    Ale dzięki za komentarz.

    • Skoro władze mają mu nie podciągać linii metra za podatki płacone przez Ciebie, to nie widzę powodu, żeby publiczna (czyli opłacana m.in. przez niego) służba zdrowia leczyła rowerzystów, którzy zimą wypieprzą się ze swoim rowerem na ścieżce (no chyba, że we wzorowej Szwecji nikt nigdy z roweru zimą nie zleciał, to przeciez i u nas się da). Przecież sami zdecydowali się jeździć na rowerze 😛

      • Jest pewna różnica, ale never mind. Nie idźmy w tę stronę. To nie jest kolejny post w temacie „rowerzyści vs kierowcy”. Bardziej chodzi mi o to, że nie da się w dużym mieście oprzeć transportu na prywatnym samochodzie i trudno, handlujmy z tym. Albo będziemy patrzeć, jak korki rosną wykładniczo, albo coś się z tym zrobi. Rowery, SKM, kolej w podziemnej tubie od Elona Muska. Cokolwiek.

  3. Dlaczego władze mają mi podciągnąć metro? Może na przykład dlatego że same najpierw wyrugowały z rynku jakiekolwiek prywatne firmy przewozowe zastępując ją wstrętnym państwowym monopolem. Poza tym pieniądze z podatków są tak samo twoje jak i moje. To pierwsza rzecz. Druga jest taka że moja rodzina mieszka w Konstancinie od lat ’70 kiedy metra, korków i tego typu rzeczy nikt nie miał w planach. Ja sam mieszkam tam od ponad 20 lat i uważam że nie uprawnia to władz do dyskryminowania mnie za pieniądze z moich podatków.
    Co do gardzenia miejscowościami typu Konstancin. Nie wiem jakiej jest twoje zdanie na ten temat. Zasugerowałem się wyłącznie tonem twojej wypowiedzi…
    Całe lato jeździłem po Warszawie rowerem i robiłem to prawie cały czas po ścieżkach. Nie miałem żadnego problemu z dojechaniem nigdzie. Poza tym jeżdżenie po ścieżkach jest w interesie samych rowerzystów. Popatrz ilu kierowców (czego absolutnie nie popieram) pisze podczas jazdy smsy albo gada przez telefon. A teraz pomyśl jak skończy się spotkanie 1,5 tonowego samochodu z ważącym 90 kg rowerzystą kiedy omsknie im się ręka na kierownicy…z tym że wymaga to nieco wyobraźni której brak niestety większości rowerzystów na polskich drogach (tak samo jak kierowcom oczywiście).
    Argument co do Puławskiej zrozumiałem jak najbardziej. Tyle że na skrzyżowaniu z Wilanowską jest już metro i P+R (który powinien zostać powiększony) i każdy kierowca powinien grzecznie przesiąść się do metra. Tyle że najpierw musi do niego dojechać.

    • To może sprecyzuję – mój ton wypowiedzi dotyczy tego, co się urbanistycznie dzieje w podwarszawskich miejscowościach typu np Józefosław. Tam gdzie przed chwilą było rolnictwo, wąskie działki i wąskie drogi na szerokość traktora, pojawia się zabudowa, ale działki nadal są waziutkie (kto by się bawił w scalanie), oczywiście otoczone płotami, a droga na szerokość dwóch samochodów kosztem braku chodnika. Konstancina to akurat nie dotyczy, bo jak sam piszesz zabudowany był dużo wcześniej.

  4. Co do Warszawy – wystarczy walnąć jeszcze tak z 5 linii metra i problem rozwiąże się sam. Przecież będąc w takim np. Berlinie, czy Frankfurcie to chyba nikt z nas nie wpadnie na pomysł poruszania się po nim własnym samochodem, nawet jeśli mamy go na miejscu.

    Co do tego urban sprawl – niestety u nas , jak na razie, nie jest to proces do zatrzymywania. Jestem z wykształcenia planistą przestrzennym, przez jakiś czas pracowałem w zawodzie i wiem, że niestety także i tu rządzi pieniądz. Studium, czy MPZP sporządza tak naprawdę miasto, czy gmina (w sensie prawnym, poza tym to też po prostu płacą za to), a planista jest tylko ich rękami, więc niestety mamy gunwo do gadania. Nie możemy zaimplementować tych wszystkich mądrości jakimi raczą nas w trakcie studiów. Gminom/miastu zależy na tym, żeby przeznaczyć jak najwięcej terenów pod zabudowę, czy inne „wpływogenne” funkcje. Możesz im zalecać więcej terenów zielonych itd, ale zazwyczaj mają to w dupie. Taka teoretyczna podwarszawska gmina zrobi wszystko, żeby tylko zapewnić w swoim obszarze jak najwięcej terenów pod zabudowę wielorodzinną, czy jednorodzinną. Oczywiście z minimalną szerokością dróg, brakiem chodnika itd, bo to tylko strata kasy.

    • Tak naprawdę wystarczy dokończyć drugą linię, wybudować jeszcze trzecią i zorganizować lepiej SKM. A, no i zrobić tramwaj Wilanów-Mordor, schodzący pod ziemię bliżej centrum.

  5. Zobaczymy co wyjdzie z przebudowy pierścienia ulic wokół Plant w Krakowie. Z tego co widzę na obecnym etapie to europejskie wzorce po polsku 😛 Zlikwidowano pas dla samochodów w jednym kierunku, zamiast tego zrobiono ścieżkę rowerową gdzie dwóch rowerzystów z trudem (o ile w ogóle) się mija. Sam mieszkam w centrum i jestem za mocnym ograniczeniem ruchu samochodowego, ale włodarze powinni zaoferować coś zamiast. Skoro w innych europejskich miastach da się zrobić coś z głową dlaczego nie miałoby się udać u nas.
    Jeszcze w kwestii dojeżdżających do pracy, powiedzmy, że jestem w stanie ich zrozumieć (chociaż i tak wydaje mi się, że większość osób do centrum przyjeżdża MPK oszczędzając sobie koszmaru parkowania), ale to co wyrabiają turyści w weekend to jakiś cyrk. Najlepiej jakby zamiast Rynku był parking.

  6. Mieszkałem 5 lat w Józefosławiu. Nie dlatego że to było miejsce wymarzone. Tylko dlatego, że było to miejsce tanie. Niezależnie od wielkości nieruchomości ceny były i są o kilkadziesiąt procent mniejsze. Jednocześnie przebijając się skrótami wzdłuż Puławskiej mijasz dziesiątki hektarów nieużytków. Gdyby te osiedla stały tam to nie byłoby tych aut na Puławskiej i dużo łatwiej byłoby zorganizować tam zbiorkom.
    Rozwój takich potworków urbanistycznych wynika przede wszystkim z braku pomysłu i konsekwencji ratusza w Warszawie. A niektóre gminy z wianuszka wokół stolicy razem z deweloperami to po prostu wykorzystały. Jeśli Warszawa nie stwarza miejsc do zrównoważonego rozwoju miasta to są one znajdowane pod miastem. Cała reszta jest konsekwencją i rzeźbieniem w tej kupie. I nie wyciągnięto wniosków – ciągle dyskutujemy o buspasach i czternastej linii metra, a np. kilkadziesiąt hektarów na Stegnach w odległości 1km od stacji metra zarasta chwastami. W zamian za to ruszyły kolejne projekty na Tarchominie i w Lesznowoli.
    pzdr

    • Te kilkadziesiąt hektarów na Stegnach jest na mocno grząskim terenie, przez co budowa tam czegokolwiek jest problematyczna. Wiem, bo mam piękny widok na te „działki” z balkonu. Powoli to się zmienia, właśnie jakiś developer coś tworzy przy Wilanowskiej, niestety im dalej w działki, tym mniej opłacalna staje się budowa tam kolejnego osiedla (mniej opłacalna dla developera oczywiście).

  7. Ja się zgadzam, ale chciałbym zwrócić uwagę na kilka rzeczy.

    Po pierwsze, od 25 lat drukują nam w głowach, że posiadanie nieruchomości to pełnia obywatelstwa, jak w US of A. Nie wieloletni wynajem, nie spółdzielczość, a właśnie indywidualna własność. I do tej indywidualnej własności się dopłaca, pomimo, że jest ona droga i nieefektywna. Efekt jest taki, że moi koledzy budują się pod Strzelinem, a mieszkają i pracują we Wrocławiu – bo na ten dom w Kurowie czy Niwniku jest tańszy niż w mieszkanie w mieście i łapie się na program budownictwa „mieszkaniowego”. Oczywiście, do Wrocławia trzeba dojechać, więc dwa samochody w pakiecie i junior we wrocławskim przedszkolu.

    Po drugie, tak się nieszczęśliwie składa, że ludzie walczący o ucywilizowanie miast to ludzie, którzy wygrali na loterii urodzenia – np. pani Erbel dostała swoje mokotowskie życie od bociana. I tak słusznym poniekąd postulatom dorabia się gębę poliamorycznej fanaberii wygranych. Social climber z Opolszczyzny, który „dorobił się” mieszkania na suburbiach i Aurisa kombi ma z nią niewiele wspólnego. Co gorsza, nie można powiedzieć że on robi coś źle – przecież kredyt na mieszkanie to jest, czego system oczekuje (patrz punkt pierwszy).

    Po trzecie planowanie przestrzenne przypomina za bardzo inspirowaną modernizmem grę w SimCity – tutaj zrobimy strefę produkcyjno-biurowcową, tam sypialnię, a tutaj centrum handlowo-rozrywkowe. Wszystko ograniczone czystymi liniami prostopadłych ulic i połączmy trzypasmowymi drogami. Obywatele wsiądą w swoje samochodziki i bez problemów przemieszczą się między strefami. A tu potrzeba zintegrowanych „dzielnic”, z których właściwie nie trzeba wychodzić by pracować/iść na zakupy/pójść na siłownię czy do kina.

    • Ludzie wolą posiadać własne nieruchomości niż je wynajmować, bo to zwiększa poczucie bezpieczeństwa, jakiejś tam stałości, punktu zahaczenia. Poza tym można potem zapisać je dzieciom/wnukom, którym w życiu może się różnie powieść bez względu na to ile wysiłku włożymy w ich wychowanie i edukację.

      • Zgadzam się z Leniwcem. Posiadanie własnej nieruchomości nie jest może teraz tak modne w wielkomiejskich postępowych kręgach, jednak jest jak najbardziej racjonalne, gdyż jest ona REALNYM skumulowanym kapitałem. Jeżeli masz pracę, mieszkasz w taniej eleganckiej czynszówce i nie wisi Ci nad głową kredyt – jest fajnie, ale gdy podwinie Ci się noga – może być nieciekawie. Co do rowerów – od wiosny do jesieni dzieciaki jadą do żłobka i przedszkola w przyczepce rowerowej, ale gdy robi się zimno – sorry, biorę dzieciaki, żonę i rozwożę je po kolei, mimo że wszystko – z wyjątkiem mojej pracy – jest w obrębie jednej krakowskiej dzielnicy.

  8. @ nudny – bo niby Józefosław to nie jest zbudowany na terenach podmokłych (dodatkowo z melioracja jak dla rolnictwa, a nie mieszkaniówki 🙂
    @ sosek – ludzie generalnie lubią posiadać nieruchomość. Powodów jest mnóstwo i można o tym dyskutować, ale tak po prostu jest i ewentualne zmiany zajmą pokolenia. I jeśli nie masz kapitału w postaci mieszkania po dziadku to po prostu jesteś skazany na zakup lokum na przedmieściach. Jak zajrzałbyś do garażu pod moim byłym blokiem to trudno znaleźć inne rejestracje niż lubelskie i podkarpackie (poza służbówkami oczywiście). Dla nich wybór jest jeden – wynająć coś w bloku z płyty na Bródnie albo kupić na kredyt pod miastem. Skoro taka jest potrzeba „społeczna” to krótko i długoterminowe działania samorządu powinny ją uwzględniać i próbować zapanować nad tematem.
    Podejrzewam, że skuteczne rozwiązanie korków z Tarchomina nie jest tańsze niż melioracja tych krzaków przy Stegnach.

    • Tak jest, bo sami sobie to zrobiliśmy. Kolejne rządy zamiast tworzyć podaż mieszkań pod wynajem jeszcze dokładają do ognia dając dopłaty do deweloperki „na sprzedaż” i samodzielnego budowania. To, co jest pod wynajem to inwestycje, „drugie mieszkania” gdzie całkowity koszt to (media + rata kredytu właściciela + zysk właściciela). Nie mówiąc już o tym że wynajem od osoby prywatnej (czyt. amatora) jest wielokrotnie bardziej uciążliwy od wynajmu od instytucji zarządzającej całymi kamienicami czy osiedlami. IMHO z tego się bierze to, że ludzie „lubią posiadać”.

      Gdyby moja żona nie miała nieruchomości w mieście to ja miałbym kredyt na mieszkanie na suburbiach, i to wcale nie dlatego że lubię posiadać. Jestem przyjezdny, a kredyt jest tańszy od wynajmu o około 20%.

      • Jak już wspomniałem, ludzie „lubią posiadać” nie dla samego posiadania tylko dla poczucia bezpieczeństwa. Ja np. mam mieszkanie po dziadkach (dziadek nadal żyje, i oby jak najdłużej, ale mieszka aktualnie z moją mamą). Bez tego nie miałbym w ogóle gdzie mieszkać, gdyż zdolności kredytowej nie mam w ogóle, zaś moje zarobki (po odliczeniu ZUS-u – jestem samozatrudniony) wystarczyłyby na wynajem… i już na nic więcej. Ani na jedzenie, ani na cokolwiek. A wcale nie są jakoś dramatycznie niskie w stosunku do reszty ludności. I o to właśnie tu chodzi w posiadaniu nieruchomości – możesz przekazać ją potem swoim spadkobiercom, którzy nie wiadomo, jaką będą mieli sytuację.

        • Jest to typowa TINA, które na dodatek z niewiadomych powodów bronisz.

          Średnio widzę jak mi poczucie bezpieczeństwa wzrasta jak mam kredyt na dwadzieścia pięć lat (żeby tylko) bez gwarancji że za 5 będę pracował w tym samym mieście, kraju lub w ogóle. A inaczej mieszkania kupić się nie da, wynająć też się nie da (bo drogo i w standardzie dla studentów).

          Zachód ćwiczy budowę mieszkań pod wynajem i mieszkań socjalnych od lat. Właśnie po to, by ceny nieruchomości nie wzrastały i żeby w razie czego był rezerwuar dla tych którzy stracą pracę, zostaną inwalidami lub dopiero co przyjechali z prowincji. Wtedy też mniej martwię się o potomka, bo nawet jeśli mu nie zostawię mieszkania to może wynająć od miasta, zarządcy czy spółdzielni. U nas #niedasie, bo święty wolny rynek i dziedziczenie.

          • TINA? Rozwiniesz? Bo nie znam skrótu.

            Zgadzam się co do kredytu – sam nigdy bym go nie dostał, dlatego tym bardziej doceniam to, że mam mieszkanie po dziadkach. Dzięki temu mam nie tylko dach nad głową, ale i miejsce na Ziemi (bardzo lubię swoją okolicę). Jakiś punkt zahaczenia. Bez tego czułbym się jak bez gruntu pod nogami.

          • There is no alternative, jak mówiła Maggie Thatcher. Możesz mieć mieszkanie w wieloletnim kredycie albo możesz fundować kredyt na mieszkanie komuś innemu. Wybieraj, byle szybko.

            @JG:
            IMHO ma to znaczenie dla korków, całkiem realne – gdy zmieniam pracę mogę zamienić wynajęty lokal na taki bliżej, żebym nie musiał pakować się w samochód i korkować ulic. Zmiana mieszkania na które masz wieloletni kredyt to nie takie hop-siup.

            Ale tu też trzeba rozsądnego planowania dzielnic, żeby nie tworzyć specjalnych stref ekonomicznych w których nie ma niczego poza korpokubliklami.

          • Ależ alternatywa jest – mam zapisane mieszkanie, żyję sobie w nim, nie boję się, że za pół roku będę musiał w 3 osoby przeprowadzić się do kawalerki na Brzeskiej. To zmienianie miejsca zamieszkania z każdą zmianą pracy nie brzmi dla mnie dobrze (żeby nie było – nikomu nie bronię). Ciągle na walizkach, ciągle w przelocie (moje CV ma 14 pozycji, więc ten, no). Nie umiałbym tak, muszę mieć swoje miejsce, abstrahując od tego, że sama przeprowadzka to potwornie męczące i stresujące przedsięwzięcie. Sam system wynajmu od miasta jest bardzo fajnym pomysłem, nie byłbym przeciwny wprowadzeniu czegoś takiego, ale nie chciałbym musieć korzystać.

    • @JG – nie wiem na jakich terenach zabudowali Józefosław bo nie mam po co tam jeździć. 😀
      Musi istnieć jakiś konkretny powód tego, że chwasty na Stegnach nie zostały jeszcze zastawione blokami. Jeszcze parę lat temu ludzie mieli tam swoje działeczki, może w tym tkwi szkopuł. Jak wspomniałem wcześniej, powoli zaczyna się to zmieniać. W przeciągu kilkunastu lat po tych chwastach nie będzie śladu, ale wiem, że kilkukrotnie się przymierzano do wybudowania tam osiedla i nigdy do tego nie doszło.

  9. Smutny wpis.

    Smutny, gdyż zgadzam się z głównymi tezami (że indywidualny transport w wielu przypadkach zajmuje za dużo miejsca w stosunku do tego, ilu ludzi przerzuca z miejsca na miejsce), ale to, co z tego wynika, wywołuje u mnie stan bliski depresji. I to nie tylko dlatego, że podróż zbiorkomem to dla mnie tortura (tak, autentyczna tortura, zarówno fizyczna, jak i psychiczna – jej głównym elementem są współpasażerowie, choć i tkwienie na przystankach swoje dokłada) zaś wbrew temu, co twierdzisz, jeżdżenie na rowerze zimą uważam za sport ekstremalny (już teraz, dojeżdżając na bicyklu, choćby dziś, jestem jednocześnie zgrzany i zziębnięty – ubiorę się cieplej to tylko mocniej się spocę po czym przeziębię się w biurze – do tego weź pod uwagę śnieg i lód). Najgorsze jest co innego: wyrzucenie samochodów z miasta sprawi, że wielu ludzi – w tym ja – nie będzie w stanie wykonywać swojej pracy. Wszelcy serwisanci, hydraulicy, ludzie, którzy muszą z jednego końca miasta na drugie dostać się w czasie niewiele dłuższym od tego, który spędza się na samym przystanku. No i grajki takie, jak ja. Jasne, dla mnie granie jest zajęciem dodatkowym, ale po pierwsze jest to bardzo ważny dodatek (bez kasy z koncertów nie dopinam się finansowo), po drugie jest to jedna z trzech rzeczy, które dają mi jakąkolwiek frajdę w życiu. Drugą z nich jest… tak, zgadłeś. Prowadzenie. I dlatego jeśli samochody zostaną zmuszone do opuszczenia miast, opuszczę je i ja. Coraz powszechniejsza staje się praca zdalna a ja i tak „robię w internetach”, więc rozwiązanie staje się oczywiste.

    Nie, nie muszę codziennie dojeżdżać do „dziennej” pracy autem (choć w moim przypadku tak jest najszybciej). Ale muszę mieś możliwość używania go, gdy jest taka potrzeba. Załadowania sprzętu we wtorek czy sobotę i pojechania na sztukę w Korsarzu czy Gnieździe (i nie, nie będę taszczył po nocy zbiorkomem basu wartego k. 10k, poza tym taka podróż trwa ponad godzinę zamiast 20 minut, a następnego dnia rano, jeśli to wtorkowe granie w Korsarzu, trzeba wstać do pracy; o bębniarzu nawet nie wspomnę, bo to chyba oczywistość), zalogowania syna do fotelika i wzięcia go na spacer po lesie (podróżując zbiorkomem po dojechaniu na miejsce trzeba by było od razu wracać) lub po prostu ruszenia gdzieś za miasto, gdy mam dość ludzi i moja psychika domaga się ciszy i spokoju. Bez tych możliwości zwariowałbym do reszty.

    Co się zaś tyczy osiedlania się na obrzeżach miast lub w podmiejskich miejscowościach – pamiętaj, że dla ogromnej rzeszy ludzi jest to jedyna szansa na jakiekolwiek lokum z powodów czysto finansowych. Niektórzy młodzi może i dadzą radę wynajmując wspólnie z paroma innymi osobami, tudzież pokój u kogoś (tortura dla introwertyka) – z rodziną to już nie przejdzie.

    • @sosek. Uparleś się z tym najmem (także nie znam żadnej tiny), ale to nie ma znaczenia dla korków. Duże miasta mają coraz większą populację wiec powstają nowe budynki i dzielnice. Od polityki przestrzennej zależy ile i jakie problemy ten rozwoj spowoduje i ile to będzie kosztować (niezależnie od formy wlasnosci). Ponieważ polityki przestrzennej w skali aglomeracji nie ma to problemy stają się nie rozwiązywalne. Jest coraz mniej miejsca na kompromisy w temacie np Puławskiej. Autobus nie zbierze efektywnie ludzi z nieszczęsnego Jozefoslawia, bo są tam same wąskie uliczki i dwa skrzyżowania „wylotowe” skupiające cały ruch. Na tramwaj nie ma miejsca. Na rowerze jest po prostu za daleko dla większości osób (nie zmusisz pana 40+ do zasuwania w lutym 15km w jedną stronę).

  10. Ze wszystkim się zgadzam, oprócz tego:

    „A, i proszę mi nie mówić, że u nas się nie da, bo zima. Wystarczy zobaczyć, ile osób dojeżdża rowerem do pracy w takim np. Sztokholmie. Cały rok”

    I co z tego, że zobaczyłem? Nadal jest mi potwornie zimno, cierpną mi ręce i twarz, ciągle mam katar i boli mnie głowa od wiatru, a przez 3/4 dnia jest ciemno. Zimą się nie da i jest to bzdura, że rower jest w polskich warunkach pojazdem całorocznym. Z wyjątkiem garstki szaleńców ? nie jest.

    • ^ This. Ja nawet dziś, gdy jak na listopad jest dość ciepło, czułem się ugotowany pod kurtką, zaś twarz odpadała mi z zimna. Ciekawy kontraścik, ale nie polecam. Zresztą zazwyczaj przez cały sezon jesienno-zimowy łażę chory. Zbiorkom lub rower mają szansę jeszcze to zamplifikować. Pamiętajmy też, że skandynawskie zimy są inne niż nasze – mroźniejsze, ale nie tak „przylepne”, przez co odczuwalna temperatura jest wyższa (wierzę tym, którzy mieszkają w Szwecji od lat, i powtarzam tu ich opinię).

    • Cóż, może masz rację, że nie całorocznym, ale od kwietnia do listopada daje radę. To jest wciąż 2/3 roku.

      W każdym razie w tym roku mam zamiar przeprowadzić naukowe badanie na ten temat: moja korpo oferuje w garażu podziemnym 180 miejsc na rowery. W lecie oczywiście wszystko jest zapelnione pod korek. Zobaczymy, ile miejsc bedzie wolnych w styczniu.

      • Ja sam jeżdżę zazwyczaj od kwietnia do października. Odpuszczam jedynie w 3 przypadkach:
        – jestem chory (i tak wtedy pracuję – przypominam, że jestem samozatrudniony; mam co prawda możliwość pracy zdalnej, ale gdy chrycham wolę nie zarazić Młodzieża);
        – leje (nie, płasz p-deszcz. niewiele tu zmienia; jak chcę zmoknąć to włażę do wody);
        – od razu po pracy jadę gdzieś dalej w innych sprawach (większe zakupy/granie/pobór rodziny skądś).
        Oznacza to i tak, że zdecydowana większość moich wiosenno-letnio-wczesnojesiennych dojazdów do pracy to rower. Dziś zresztą też, choć już listopad (i po tym, co zobaczyłem rano po drodze, żałuję, że nie pojechałem samochodem, ale to było akurat nie do przewidzenia). Ale zima? Nie, po prostu nie.

  11. A ja tylko tak przypomnę, że kiedyś pisałem o temacie u siebie (jeden z pierwszych wpisów na blogu – bezczelna reklama: http://autobezsens.blogspot.com/2014/02/przemyslenia-przyszosc-transportu-to.html). I w skrócie mi wyszły takie wnioski – winne jest durne rozłożenie miasta. pchanie wszystkich np. zakładów pracy w jedno miejsce (głónie centrum). Jakby to było bardziej rozrzucone, to by ruch rozkładał się bardziej równomiernie. Bo jak na razie to osiedla mieszkaniowe rozłażą się po okolicach Warszawy, a ludzie i tak muszą się pchać do centrum, żeby pracować.

  12. @niklucas, @Leniwiec Gniewomir:
    Pozwólcie że odpowiem parafrazami, bo tu zachodzi głębokie i dość groteskowe niezrozumienie mojego stanowiska.

    [i]Posiadanie MILIONA ZŁOTYCH nie jest może teraz tak modne w wielkomiejskich postępowych kręgach, jednak jest jak najbardziej racjonalne, gdyż jest on REALNYM skumulowanym kapitałem.[/i]

    [i]I o to właśnie tu chodzi w posiadaniu MILIONA ZŁOTYCH? możesz przekazać go potem swoim spadkobiercom, którzy nie wiadomo, jaką będą mieli sytuację. [/i]

    Fajnie jest dostać mieszkanie czy milion w spadku, mógłbym tak co tydzień. Nie każdy jest szczęśliwy na tyle, by się urodzić w odpowiedniej rodzinie (lub się w nią wżenić). Poza loterią urodzenia alternatyw dla kredytu brak. Finansowanie property ladder to bardzo głupi krok – nie ma takiej siły która zatrzyma rozlewanie się $bigCity na okoliczne gminy z atrakcyjnymi kredytami na Mieszkania Dla Młodych.

    • Do czego zmierzasz? Nie zauważyłem, by ktokolwiek tutaj twierdził, że system mieszkań pod wynajem to zło (choć widzę pola do manipulacji – „nie jesteś po naszej linii to whooyah wynajmiesz, nie mieszkanie od nas”), sam uważam, że bardzo by się przydał, jednak – razem z paroma innymi osobami – przekonuję, że dążenie do posiadania nieruchomości jest racjonalne. Ty zaś zdajesz się trwać na stanowisku, że tylko wynajem od gminy/miasta. Uważam, że wybór powinien być zawsze, i tyle.

      • Sosek ma rację, wydaje mi się. Oczywiście, że fajnie mieć mieszkanie. Tylko, że większość z nas nie ma mieszkania. Mieszkanie ma bank, który wpisał się do działu IV księgi wieczystej.

        Sosek jednocześnie nie ma racji, bo mieszkanie na wynajem w modelu zachodnim, na który się powołuje, jest też na wiele lat. Choćby dlatego, że zwykle nie ma kuchni, a czasem nawet podłogi, które ty, wynajmujący, musisz kupić. Więc nie będziesz się przeprowadzał z każdą zmianą pracy.

        Kwestia jest tylko taka, że publiczne budownictwo na wynajem po pierwsze łatwiej jest opanować urbanistycznie (tak jak Ursynów jest lepszy urbanistycznie od Józefosławia), a po drugie duża dostępność mieszkań na wynajem spowoduje, że mniej ludzi będzie szukać tanich mieszkań na dalekim Wypiździewie, powodując potem problemy komunikacyjne.

        Z drugiej strony to, co pisze @JG jest w 100% prawdziwe – skoro ludzie chcą mieć własne mieszkanie, i nie można im zdalnie wgrać do głowy innego programu, to trzeba nad tym zjawiskiem starać się zapanować, a nie puszczać na żywioł.

        • No oczywiście, nie przy każdej zmianie pracy się zmienia mieszkanie. Ale przy zmianie „pracowałem na północy miasta, teraz jestem na południu” to już się warto zastanawiać. No i dużo łatwiej zamienić mieszkanie na mniejsze/większe w ramach tej samej spółdzielni czy wspólnoty (bo urodziło się dziecko, bo dzieci się wyprowadziły itp.), nawet mając w pamięci koszty kuchni czy podłogi. Przede wszystkim nie trzeba przechodzić przez fazę „urynkowienia” ceny nieruchomości.

          @Leniwiec Gniewomir:
          Zmierzam do tego że powtarzacie oczywistości. „Dążenie do posiadania nieruchomości jest racjonalne” jest równie odkrywcze co „dążenie do bycia bogatym jest racjonalne”. No fajnie, zgadzam się, lepiej być wśród tych co mają niż wśród tych którym brakuje. I co dalej?

          „Ty zaś zdajesz się trwać na stanowisku, że tylko wynajem od gminy/miasta.” Nie wiem skąd to wziąłeś. Stoję na stanowisku że gmina czy miasto, a szerzej państwo powinny współfinansować tylko wynajem i budowę pod wynajem, a nie dokładać do kredytów hipotecznych. Kogo stać, ten i tak sobie weźmie kredyt.

          • @sosek
            Nie jest wcale pewne, że dofinansowanie wynajmu spowoduje lepsze planowanie przestrzenne. Szczególnie że będzie to robione przez te same władze, które nie radzą sobie z tym planowaniem.
            Wydaje mi sie, ze przeceniasz także zwiększenie mobilności dzieki najmowi. Najczesciej ważniejsze od stania w korkach jest brak zmiany szkoły, brak kosztów adaptacji nowego lokum itp itd.

  13. Ja pier…czę, zaczęło się do rowerów a (nie) skończyło na przeprowadzkach i melioracji – jak na Złomniku zupełnie. Dziewczyny drogie, na wykończenie domku i zagospodarowanie ogródka wydałem (ja i wielu) więcej niż na gruncik stanik deweloperski i te nakłady są nieodwracalne. I teraz mam się przenieść 12 km dalej, do kolejnego stanika deweloperskiego i wydać nieodwracalnie dodatkowe xx tysięcy, żeby mieć 6 km bliżej do pracy rowerem i wydać kolejne więcej niż ten stan? Logika słoika. A jak bedę chciał pożyczyć sól sąsiadce (czy tam jakoś odwrotnie) to bedę dymał 12 km w korku, albo bedę musiał zorganizować inną sąsiadkę… nie, to nie dla mnie. Ale jak byłem młodszym człowiekiem, to mieszkałem wszędzie, w klubie żeglarskim, w jakichś akademikach dziwnych, na wyspie, w hotelach (po pół roku w roku) i na wielu imprezach. I jak się tego dobrze zazna to potem się odechciewa i człowiek tetryczeje, hoduje bluszcze na okazach brytyjskiej i włoskiej motoryzacji i tego nie chce nigdzie prezenosić, bo to jest wartość nieprzenoszalna.

    A jak to jest w przepisach, bo zdaje się, że obecność drogi rowerowej nie wyklucza możliwości użycia normalnej drogi, gdy nie ma znaku B-9. Za to niedozwolone jest wyprzedzanie takich pojazdów na milimetry, tymbardziej świetnie się bawiąc. Wskazuje to tylko na depresyjne stany niezrównoważenia psychicznego i może się w każdej chwili przenieść na inne obszary. Kto tu jest idiotą ergo kogo dorwie 112 w razie W? A prywatnie to współczuję.

    • Cóż panie prawnik, z pewnością jest to zabronione na drogach z dopuszczalną prędkością 60+ km/h i drogami dwujezdniowymi, co z resztą był tak miły potwierdzić policjant który swego czasu znalazł się w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie. Nie będę dodawał że z przypadkami rowerzystów łamiących ten przepis spotykam się prawie codziennie.
      O moje zdrowie psychiczne nie musisz się martwić, wszystko jest w najlepszym porządku. Obawiam się jednak że ten który krzyczy najgłośniej sam może mieć pewien problem. Wiesz jak jest…

  14. Wszystko pięknie, ale zadam podstawowe pytanie:
    Jak przewieźć zakupy z supermarketu ROWEREM??? I prosi mi nie wmawiać że da się żyć bez samochodu jak to czynią niektórzy pseudo wegańscy ekolodzy, bo uważam że jednak do końca nie. Jest on jednak w jakimś stopniu potrzebny. Owszem, w mieście może i nie wszędzie można dojechać, gdyż sam do pracy dojeżdżam komunikacją miejską, ale gdy mam wyjechać w trasę, to wyjeżdżam o której chcę, pakuję do niego ile chcę (oczywiście na ile mi pozwoli pojemność wnętrza i bagażnika, ale z tym akurat problemu nie mam :-P) i nie muszę być zdany na łaskę kolei która się zatrzymała w rozwoju w XIX wieku!! Pociąg z Warszawy dojeżdżał szybciej do Gdańska podczas zaborów niż teraz.

    • To ważne pytanie 🙂 ale chyba nie do mnie, bo ja nigdzie nie napisałem, żeby zakupy wozić rowerem. Ani żeby żyć bez samochodu. Co więcej, przykład z Monachium (a tak samo jest w innych dużych miastach) pokazuje, że można korzystać z samochodu nawet go nie posiadając…

  15. Zupełnie nie zgadzam się z tym co zostało napisane. O rowerze jako podstawowym środku transportu może mówić tylko ktoś kto nie ma dzieci i kto to lubi. Ja nie lubię kręcić pedałami – wolę siedzieć.
    Uwielbiam siedzieć w swoim samochodzie i słuchać płyty Dire Straits lub Boba Dylana. Lubię w zimę zejść do w miarę ciepłego garażu i wsiąść do w miarę ciepłego auta a nie przebijać się przez zaspy z dwója małych dzieci do przystanku. Lubię usiąść we własnym samochodzie a nie na zaszczanym siedzeniu w autobusie. Po prostu to lubię i nie chcę żeby ktoś mi tego zabraniał.
    A co miast zachodu. Te wszystkie horrendalne opłaty i kary za użytkowanie, jakby nie było, przestrzeni publicznej mają jedną główna przyczynę – utrzymanie państwa dobrobytu drogo kosztuje i trzeba łupić obywateli gdzie się da.

    • Ktoś napisał o rowerze jako o podstawowym środku transportu?

      Ja też lubię siedzieć swoim ciepłym samochodzie. Niech 100 tysięcy takich co lubią zechce przyjeżdżać swoimi ciepłymi samochodami do pracy na Domaniewską, będą stali w korku przez trzy dni. To se ne da.

      • Tylko jak te 100tyś. zmusić żeby nie jeździli samochodami? Oto kilka wariantów:
        1 zbiorkom, który będzie posiadał istotną zaletę/przewagę nad dojazdem samochodem (cena, czas?)
        2 utrudnienie dojazdu samochodem, tak żeby zbiorkom zdobył tą przewagę:)
        3 analogicznie z rowerami
        Z moich obserwacji (biurowiec gdzie pracuję) wynika, że autem dojeżdżają Ci którzy muszą, bo:
        – zbiorkomem jest absurdalnie długo
        – rowerem jest za daleko lub jest zima
        – mają skomplikowana trasę do domu (przedszkola itp)
        Reszta naprawdę korzysta z tramwajów, metra i rowerów (widziałeś zapełnienie tramwajów na Wołoskiej o 8:50? – jest 150% nominalnej ładowności)
        Ideałem byłoby zbalansowanie punktu 1 i 2. Natomiast zgłaszane pomysły na utrudnianie wjazdu, planowe zmniejszanie miejsc parkingowych bez osiągnięcia innych celów (gdzie te tłumy na świętokrzyskiej?) odbieram jako realizację tylko punktu 2. I to mnie drażni.
        pzdr
        JG

      • Jestem nader szczęśliw, że już od dawna nie pracuję w Mordorze. Abstrahując od samego charakteru mieszczących się tam firm, dojazd jest po prostu koszmarem. Samochodem wiadomo, że nie ma co, bo korki i parkowanie, ścieżek rowerowych nie widziałem, a wciśnięcie się do tramwaju czy autobusu w godzinach szczytu jest sporym osiągnięciem. Jest to przykład fatalnie zaplanowanego transportowo fragmentu miasta. Korpozagłębie, gdzie dojeżdżają dziesiątki tysięcy pracowników z całego miasta i okolic, a – skoro już mamy promować „wydajny transport” – wycieczka zbiorkomem to horror ze względu na brutalny wręcz ścisk zaś przyjazd rowerem zahacza o sport ekstremalny. Naprawdę nie dziwię się ludziom, którzy w tych warunkach już wolą korek. Przynajmniej nikt Ci nie wsadza łokcia w żebro i nie depcze po butach.

        Wiem coś o tym – pracowałem najpierw na rogu Marynarskiej i Rzymowskiego a potem przy ul. Wynalazek (uwielbiam te służewieckie nazwy ulic). I w 90% przypadków przyjeżdżałem zbiorkomem.

  16. Zawsze mnie niezmiernie bawi gdy ludzie pokroju leniwca, którzy w tematach motoryzacyjnych mają tendencje do wrzucania do worki „cebulaki” wszystkich, w innych tematach mają właśnie tak typowo cebulackie podejście.

  17. Wygląda na to, że wszyscy mają rację. Ja tam jestem za jak najszerszym rozwojem zbiorkomu i jednoczesnym niezabranianiem korzystania z samochodu. Komu nie wadzi stanie w korkach’ a wadzi dyskomfort czekania na przystankach i wąchania bliźnich- niech stoi i vice versa. Samo się będzie regulować. Najgorzej pójdzie chyba z planowaniem przestrzennym- kolega z branży już się wypowiedział w tym temacie. Panuje tu zupełnie azjatyckie bezhołowie, które powoduje wszystkie wymienione problemy.

  18. Ja mieszkam na Górnym Śląsku, ze względu na odległości raczej samochód jest nieodzowny, zbiorkom – TINA. Za wolne czasy przejazdu wobec odległości do pokonania.
    Rower – lubię, ale jako sport i rekreację, względnie po pracy jako transport w obrębie swojego miasta (a pracuję w innym oddalonym o 20km).
    Za to nie stoimy w korkach, jest dużo alternatyw dojazdu w różne miejsca. I mieszkania tanie. No i nikt nie ma za złe, że ktoś się osiedla pod miastem – cała aglomeracja to jeden wielki sprawl… :

  19. Właśnie wróciłam ze Sztokholmu, miasta po pierwsze pełnego rowerów, po drugie zaplanowanego dla ludzi, po trzecie, w którym niemal wszyscy, nawet mieszkający tam co poniektórzy amerykańscy milionerzy, jeżdżą komunikacją publiczną, to wezmę i się wypowiem:)

    Być może właśnie przez doświadczenie mieszkania w Sztokholmie, uważam, że miasto nie jest dla samochodów. A mieszkańcy miast nie powinni być zmuszeni na nich polegać. Tak, słyszę argumenty, że zakupy, że dzieci, że coś tam – ale ile razy w tygodniu jedzie się na duże zakupy, i ilu kierowców naprawdę jeździ z dziećmi? To można by rozwiązać w taki sposób, jak np. w niektórych niemieckich miastach: wypożyczeniem samochodów. Co zresztą zostało w dyskusji wspomniane.

    Osobiście za samochodem zupełnie mi nie tęskno, wręcz jego posiadanie byłoby dla mnie większym kłopotem niż korzyścią. Tylko że mam sporo szczęścia (a także zdolności kredytowej…), że mogłam sobie zamieszkać w miejscu dobrze skomunikowanym – ale to nie powinno zależeć od szczęścia, tylko od wymienionego wyżej planowania przestrzennego i ogólnie łatwo dostępnej komunikacji publicznej. Znów powołując się na przykład sztokholmski: otóż nordyckie państwo dobrobytu to nie tylko świadczenia i zasiłki, które się głównie z tym terminem kojarzą. To przede wszystkim wyrównywanie szans, polegające m.in. na umożliwieniu każdemu obywatelowi równego dostępu do usług, edukacji, kultury etc. Stąd w latach 60. i 70. nie tylko rozbudowano sztokholmskie metro, ale też otoczono centrum miasta wieńcem mini-miasteczek składających się z czegoś w rodzaju rynku, centrum handlowego, przychodni, czasem nawet kościoła itd., skupionych wokół stacji metra (np. Farsta Centrum).

    O takie gruntowne rozwiązania byłoby w naszych warunkach trudno, ponieważ, po pierwsze, u nas mamy bardziej niż społeczeństwo – zbiór jednostek, która każda sobie, a po drugie (co się zresztą z pierwszym łączy) lekceważący stosunek do humanistyki i nauk społecznych. A o ile inżynier może zaprojektować drogę, tory, most czy inną tam infrastrukturę, trzeba jednak wiedzy o funkcjonowaniu społeczeństwa, żeby rozpracować, skąd dokąd ma ta infrastruktura prowadzić. No i właśnie, widzenia społeczeństwa jako społeczeństwa, a nie klientów banków i deweloperów…

    M.

    • Jako miłośnik zdrowego rozsądku w większości życiowych kwestii rozumiem to i sam nie potrzebuję wszędzie jeździć samochodem (jest to ekonomicznie nieuzasadnione, często też wkurzające, gdy np. szukasz na gwałt miejsca do parkowania), jednak uważam, że zupełne uniemożliwienie tego lub drastyczne utrudnienie byłoby wylaniem dziecka z kąpielą. Musi być realny wybór, muszę CHCIEĆ pojechać np. tramwajem i choćby poczytać sobie po drodze. Aktualnie w mojej drodze do pracy sens mają rower (który zimą pójdzie w odstawkę) i samochód – zbiorkomem jedzie się tam prawie godzinę, i to nawet wtedy, gdy korzystam tylko z komunikacji torowej. O mojej niechęci do współpasażerów nie wspomnę, gdyż nie każdy jest tak aspołeczną jednostką o bardzo szerokiej tzw. strefie osobistej, jak ja. Jest też jeszcze jeden ważny osobiście dla mnie argument – otóż dość regularnie mój bagażnik wygląda tak:
      http://3.bp.blogspot.com/-B5owvC5quqc/VkZblY-mU3I/AAAAAAAAPn0/ONyiln_l3Nw/s1600/Skanssen%2B009%2Bbaga%25C5%25BCnik%2Bze%2Bsprz%25C4%2599tem.JPG
      Gdyby uniemożliwiono mi przewóz tegoż sprzętu wieczorem po mieście, utraciłbym (razem z bębniarzem, którego zazwyczaj wożę, co widać na załączonym obrazku) możliwość zarobkowania. A dochód z grania jest mi niezbędny, gdyż z samej „day job” nie utrzymam rodziny, niestety. Abstrahując już od tego, że zarówno granie, jak i prowadzenie są dwiema rzeczami, które wielbię najbardziej.

        • Jak nie jezd jak jezd. To kontrargument, zasadniczo. Chodzi mi o to, że zupełna wywałka prywatnych samochodów z miasta byłaby wylaniem dziecka z kąpielą – i prosto to na twardą, zimną terakotę. Każda skrajność (zarówno autem wszędzie, nawet po bułki do sklepu za rogiem, jak i wszyscy na rowery i do zbiorkomu bez względu na okoliczności i konieczności) jest złym rozwiązaniem. Ty zdajesz się optować za tą drugą skrajnością – i dlatego pozwoliłem sobie zaoponować. Tudzież zafelgować.

          • Ech, nie to wcale napisałam. Ale nie chce mi się tłumaczyć ani pisać jeszcze raz tego samego. Polecam za to uważniejsze czytanie i pozdrawiam,

            M.

          • Przeczytałem kilkukrotnie. W oczy rzucają się stwierdzenia typu „miasto nie jest dla samochodów” (ja sam twierdzę, że jest dla ludzi korzystających z RÓŻNYCH środków transportu). Nie wykluczam jednak, że mamy tu do czynienia z klasycznym „lost in translation”, czyli dwie osoby mówiące niby w tym samym języku ale jednak w innych, dlatego upierać się nie będę.

          • Chyba się o tyle rozmijacie, że Martencja utopijnie zakłada, że można miasto wybudować tak, żeby samochód nie był potrzebny. Z czym się w dużym stopniu zgadzam, ale nie od razu i nie dla każdego, patrz zawartość bagażnika Leniwca.

          • Miasta budowane tak, by „łatwo było poruszać się samochodem” to natomiast całkiem realny horror. Polecam wycieczkę do Los Angeles i próbę robienia całkiem normalnych rzeczy typu „pójdę do pobliskiego marketu na zakupy”.

            Natomiast kolega Leniwiec nie sprawdza jednej dosyć ważnej rzeczy i na tej podstawie wnioskuje, więc bije na alarm „bo straci możliwość zarobkowania”. B(eee)zdura.

            1. We wszystkich, nawet najbardziej rowerowo-pieszych miastach świata samochody dostawcze małe i średnie jeżdżą swobodnie (obserwacja własna). Przecież tam ludzie normalnie żyją i kupują rzeczy.
            2. Sztokholmskie opłaty za wjazd do miasta są podstawą do zwrotu podatku (dla firm). W Oslo ‚zakazy wjazdu do centrum’ nie obejmują pojazdów z zielonymi tablicami (2 miejsca + duży bagażnik lub paka). Paryskie wyłączenia z ruchu samochodów o numerach parzystych czy nieparzystych wprost wyłączają z obostrzeń samochody dostawcze, serwisowe, wywożące śmieci itp. itd.

            Tak, trzeba mieć specjalny (Doblo, Berlingo, panel-van, cokolwiek, niekoniecznie nowe) samochód do prowadzenia działalności gospodarczej. Jak kogoś na to nie stać to znaczy że jest mało efektywny lub oferuje zbyt niskie ceny i psuje rynek dla całej reszty grajków czy hydraulików (a pośrednio także wszystkich innych). Może założyć spółdzielnię czy tam spółkę z podobnymi sobie i dzielić koszty lub się przebranżowić.

          • Sosek – ewidentnie nie wiesz, jakie są stawki (i to od czasów wcześniejszych niż ja w tym siedzę). To raz. Dwa – dwuosobówka? Wg mnie dużo bardziej eko jest to, gdy zabieram bębniarza i skrzypka (jak to zazwyczaj bywa), niż żeby jeden z nich miał przybywać osobno.

            Generalnie rozumiem ograniczanie, zachęty do innych środków itd., ale uniemożliwianie i zakazy – absolutnie nie. A jeśli zamkną centrum dla aut – no cóż, na szczęście nie muszę tam bywać w ogóle.

          • Sosek, no to teraz pojechałeś #załóżfirmę 🙂

            Inna sprawa, że jeśli wszyscy grajkowie mieliby wyższe koszty (bo np. trzeba w dzień koncertu wziąć berlingo z wypożyczalni), to i stawki by się podniosły. Chyba, że jest segment grajków, którzy tachaliby bębny na plecach.

          • Żeby nie było – ja akurat prowadzę dział. gosp. 😉

            Zejdźmy zresztą z grajków, wszak to nie jest duża grupa, a większość społeczeństwa i tak woli bujać się zionąc wódą do „Majteczek w kropeczki” puszczanych przez DJ-a Winampa. Ale np. ekipy remontowe (które mają zazwyczaj więcej niż 2, przepraszam, członków) i cała reszta ludzi pracujących ręcznie a którym dwuosobowy dostawczak nie zrobi – ich wcale nie jest mało.

            No i zdrowie – lewica jest za jak najlepszym dostępem do bezpłatnej służby zdrowia, i ja się z tym postulatem zgadzam (zresztą dość egoistycznie, jako astmatyk od maleńkiego). Natomiast zimą zarówno zbiorkom jak i rower mogą być niezbyt zdrowe, co z kolei zwiększa obciążenie budżetowe. W pierwszym przypadku – wychodzisz w ciepłej odzieży na mróz, wsiadasz do ogrzanego autobusu/tramwaju/metra, a następnie zgrzany/a (bo w tłoku nie ma przecież jak zdjąć kurtki czy płaszcza i trzymać go) wysiadasz znów na mróz. Przeziębienie gotowe. Nie mówiąc już o tym, że zbiorkom to idealna wręcz zarażalnia. W drugim – podzielę się moim własnym przypadkiem. Otóż dziś, korzystając ze słonecznej pogody, znów pojechałem do pracy rowerem (co zazwyczaj po prostu lubię, poza tym oszczędność jest oczywista). Krótka, przyjemna trasa, skromne 6 km. Dojechałem chory – mimo, że ubrałem się ciepło, czapka, szalik, te rzeczy. A jest przecież koło zera, żaden trzaskający mróz. Niestety – im niższa temperatura, tym moja astma poczyna sobie żwawiej. A gdy rzeczywiście w końcu ściśnie, spadnie śnieg a ścieżki staną się śliskie, urazówki będą miały sporo roboty.

            Tak więc ten.

            Generalnie jestem zdania, że lepsza infrastruktura rowerowa i sprawniejszy zbiorkom są tym, do czego należy dążyć, bo skorzystają na tym wszyscy (tak, kierowcy też – przecież nie stojąc w korkach zaoszczędzą czas oraz paliwo, więc nie widzę powodu, by kasy zaoszczędzonej na tym drugim nie przeznaczyć na jakąś opłatę), ale nie należy całkowicie wywalać samochodów. Jest sporo ludzi, którym naprawdę są potrzebne.

          • Dramatyzujecie, Leniwiec 🙂

            W sobotę przejechałem prawie 50 km na rowerze i nawet specjalnie nie zmarzlem. Nie ma złej pogody, jest złe ubranie 🙂

          • Powtórzę – ubrałem się ciepło i zasadniczo nie zmarzłem, z wyjątkiem twarzy, która w połowie drogi zaczęła mi odpadać. Żadne ubranie natomiast nie zmieni temperatury powietrza, które wdychasz. To, że moje astmatyczne oskrzela, które tak a nie inaczej reagują na wysiłek w niskich temperaturach, nie pasują do obrazu świata, który posiadasz, nie znaczy, że nie istnieją 😉

          • @Leniwiec:
            Pokazałem ci, gdzie się mylisz – prowadzenie działalności zarobkowej w miastach zakazami lub congestion charges jest możliwe, negatywne efekty dla nanobiznesu są minimalizowane na różne sposoby (wymieniłem trzy, jest więcej). Masz przecież nanobiznes, nie robisz tego hobbystycznie. Pominąłeś to zupełnie, dalej opowiadając o uniemożliwianiu i zakazach i fiksując się na tych norweskich zielonych tablicach, które mają wyjątkowo preferencyjne traktowanie (obniżkę podatku).

            Ekipy remontowe kupują średnie vany, do Trafica włazi sześciu chłopa i betoniarka. I też ich do centrum wpuszczą, ktoś musi kłaść kafelki, tapetować i montować ogrzewanie podłogowe. Opłaty za wjazd odliczą sobie od podatku, bo przecież prowadzą działalność gospodarczą (wszyscy razem, nie każdy z osobna).

            Czy ty w ogóle czytasz co inni piszą czy dyskutujesz z jakąś projekcją w której wszyscy sprzysięgli się by zabić drobny biznes?

            @Cubino:
            Przecież Leniwiec ma firmę (czy tam indywidualną działalność) i jest mu ciężko przeżyć. Nawet jak założy jeszcze pięć to mu wcale lepiej nie będzie.

          • To może wyjaśnię: „miasto nie jest dla samochodów” nie jest bynajmniej postulatem całkowitego zamknięcia miasta dla samochodów, a nieprojektowania miasta specjalnie dla samochodów (tzn. w taki sposób, że potrzeby samochodów są priorytetem). Miasto powinno być przede wszystkim dla ludzi, tak zasadniczo.

            Nie wiem, czy to takie utopijne, bo w Skandynawii całkiem się do tego zbliżają, jak zostało tu przedstawione, nie tylko przeze mnie. Już taki stopień oddania miasta pieszym by mnie satysfakcjonował. Nie mówiąc już o takim jak w Skandynawii myśleniu o wspólnotowości. No ale może właśnie to ostatnie jest w polskich warunkach utopią.

            A udowadnianie, że poruszanie się samochodem jest lepsze dla zdrowia niż komunikacją publiczną czy rowerem – no, oryginalne to przynajmniej jest, to muszę przyznać:)

            M.

          • @Sosek – rojt, być może znów lost in translation, natomiast generalnie zdaje mi się to dość skomplikowane wszystko.

            @Martencja – tylko późną jesienią i zimą 😉 Po dzisiejszej podróży rowerkiem do i z pracy aktualnie szczękam zębami i co chwilę budzę syna gromkim kichnięciem. A ubrałem się ciepło. Zbiorkom zaś, jak już rzekłem, to największa znana mi zarażalnia (abstrahując od jego fatalnego wpływu na zdrowie psychiczne ;-)). Tak więc ten.

            @wszyscy – zapraszam do ponownego przeczytania ostatniego akapitu mego komentarza z 11:45. I apeluję o rozsądek.

  20. Dojazd do pracy samochodem rano (na godzinę 9.30) zajmuje mi 40-50 minut. Powrót do domu wieczorem (o godzinie 18.00): 30-40 minut. Wsiadam pod domem, wysiadam pod biurem.
    Koszt miesięczny (22 dni robocze): ~430 zł (300 zł paliwo, 130 zł parking).
    Czas spędzony na dojazdach: 1540-1980 minut (=26-33 godzin)
    Dojazd komunikacją miejską:
    10 minut na przystanek (1200 m od domu).
    25 minut autobusem podmiejskim
    10 minut na przesiadkę
    30 minut tramwajem
    15 minut na przesiadkę*
    15 minut autobusem
    10 minut na przesiadkę
    15 minut autobusem
    5 minut do biura
    *) alternatywnie: 25 minut na przesiadkę, 25 minut autobusem i 10 minut do biura)
    Łącznie: 135 minut na dojazd do biura. Jeśli okaże się, że gdziekolwiek zbiorkom zawali (co jest normalne i oczekiwane w Krakowie), wtedy dojazd się wydłuża. Powrót trwa jeszcze dłużej, bo komunikacja jeździ rzadziej.
    Koszt: 144 zł.
    Czas spędzony na dojazdach: 5940 minut (99 godzin) przy założeniu, że powrót trwa tyle samo, co dojazd.

    Chętnie zapłaciłbym trzy razy tyle za komunikację miejską, żeby do pracy jeździć trzy razy krócej, spod domu i zawsze z miejscem siedzącym. Mógłbym spokojnie czytać, słuchać muzyki, oglądać filmy, rozmawiać przez telefon. Poza tym nie musiałbym ponosić kosztów parkingu, paliwa, OC, napraw, itd. Na wakacje wynajmowałbym na samochód na dwa tygodnie, okazjonalnie na kilka dni w miarę potrzeb.

    Przez ostatnie dwa tygodnie byłem na delegacji w USA. Da się miasta budować pod samochody. Jest ich tam kilka razy więcej, do tego są po prostu większe, ale wszyscy się mieszczą. Oczywiście miasta rozrastały się po pojawieniu się samochodów i miejsca jest dla wszystkich, ale może to jest problemem: u nas wszystko jest w zabytkowych centrach, które nigdy do samochodów nie były dostosowane. Albo należałoby wyburzyć śródmieścia, albo biura przenieść na peryferia. Wbrew pozorom, przestrzeni jest na tyle.
    Ale u nas wszystko się stawia na głowie. Gdy w USA buduje się biuro, planuje się parking na odpowiednio dużo samochodów, drogę dojazdową i obwodnicę wokół biura. Gdy u nas buduje się biuro, robi się jezdnię dojazdową z jednym pasem ruchu w każdą stronę, bez pobocza, przed biurem jest sto miejsc parkingowych (a biuro ma PIĘĆ I PÓŁ TYSIĄCA stanowisk!). Jak to ma się nie korkować? Jak ma nie być samochodów parkujących na miękkim poboczu drogi dojazdowej? Oczywiście problemem planistów jest to, że przestrzeń biurową można wynająć za pieniądze, a parking? Koszt rośnie liniowo wraz z liczbą miejsc, a dochód na jedno miejsce spada wraz z rosnącą podażą.

    • Problem jest taki, że te 5500 samochodów musiałoby nie tylko zaparkować, ale też któredyś dojechać. Jaki to jest problem, to można sobie naocznie zobaczyć codziennie między 16 a 17 na Marynarskiej, Postępu czy Domaniewskiej.

      Więc zgadzam się, że źle, że projektanci nie pomyśleli o dojeździe. Ale rozwiązaniem problemu nie jest dojazd samochodem, tylko sprawna komunikacja miejska (metro, SKM czy tramwaj).

      • Ok, chętnie — już napisałem, że zapłacę trzy razy tyle za możliwość dojazdu do pracy zbiorkomem, który będzie sprawny, jak dojazd własnym samochodem.
        Tylko dlaczego władze stawiają to na głowie i zamiast najpierw zadbać o komunikację miejską, zaczynają od zakazów i ograniczeń?
        Idąc tokiem rozumowania z artykułu rozwiązaniem dla Krakowa byłoby przerobienie obwodnicy A4 na drogę dla rowerów z jednym pasem ruchu, wprowadzenie ruchu wahadłowego na Turowicza, zamknięcie Nowohuckiej na dwa lata żeby zbudować tam tramwaj i wprowadzenie zmiennego ruchu jednokierunkowego na Stella-Sawickiego (na południe od 1 do 13 i na północ od 13 do 1).
        Dzięki temu mój czas dojazdu wydłużyłby się z obecnych 30-50 minut do 180-210 minut, co sprawiłoby, że z dziką chęcią przesiadłbym się na komunikację miejską.

      • Witam wszystkich serdecznie, bo to mój pierwszy komentarz na tym blogu.
        Przeczytałem dość uważnie całą dyskusję i mam wrażenie że większość osób nie próbowała zrozumieć sensu tekstu Cubino. A sens nie sprowadza się do tego że rower jest lepszy, samochód gorszy, wsadzamy wszystkich na rowery. Sens sprowadza się do tego by używać samochodu (przynajmniej w mieście) racjonalnie, czyli wtedy kiedy dla samochodu nie ma alternatywy. Z braku miejsca na terenie dużego miasta nie ma możliwości zapewnienia komfortowego poruszania się samochodem wszystkim którzy chcieliby się nim poruszać. Po prostu nie ma takiej możliwości, miasta które próbowały stawiać na prywatną motoryzację ponosiły sromotną klęskę doprowadzając do takich absurdów jak w Atlancie, Dallas czy LA gdzie około 60% powierzchni miasta zajmuje infrastruktura samochodowa. Chodzi tylko o to by odpowiednią polityka transportową do tych racjonalnych wyborów zachęcać, czasem kijem (zakazy wjazdu, opłaty), czasem marchewką (sprawny zbiorkom, drogi rowerowe itp.) – niestety doświadczenia pokazują że i kij i marchewka być musi, tylko jedno z dwojga nie zadziała i nie ma co zaklinać rzeczywistości mówiąc że „niech najpierw zrobią to, a potem tamto” – planując politykę w jakimkolwiek zakresie zawsze uświadomimy sobie że żeby była skuteczna trzeba działać na wielu płaszczyznach równolegle, bardziej i mniej bolesnych.
        I jeszcze co do metra do Konstancina – istotą Urban Sprawl jest zmniejszenie GĘSTOŚCI zabudowy, powoduje to że na stosunkowo dużym obszarze jest stosunkowo mało potencjalnych klientów zbiorkomu. A budowa najefektywniejszych rodzajów zbiorkomu – metra, kolei podmiejskiej czy choćby tramwaju ma uzasadnienie wtedy gdy na małym obszarze mieszka dużo osób – jak w centrach miast czy na blokowiskach. Dlatego nie można oczekiwać że metro na przedmieściach rozwiąże problem, bo byłoby to absurdalnie drogie i nieefektywne rozwiązanie – Urban Sprawl trzeba po prostu zatrzymać. Jak? Nie wiem, ale wiem że jak ktoś wie że trzeba coś zrobić zawsze rozwiązanie znajdzie, chodzi o to byśmy my, wyborcy i podatnicy wywierali taki wpływ na rządzących by im się chciało.

        • O, to, to właśnie.

          Co do urban sprawl – rozwiązaniem są plany zagospodarowania. Tak jest np w Pradze (no, było, bo ostatnio też im się to trochę rozłazi w szwach) – miasto kończy się jak nożem uciął, na granicy miasta zaczyna się pole i las.

          • Tylko że te plany leżą w kompetencjach samorządów, trudno zatem o rozwiązania które zadziałają w skali kraju. A w samorządzie jak wiemy wszyscy się znają, łatwo wywierają na siebie wpływ, jeden pije z drugim który posiada ziemie pod zabudowę a trzeci ma firmę budowlaną… Obawiam się że działań na poziomie centralnym które wywierałyby wpływ na samorządy nie unikniemy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *