Dlaczego fascynują mnie samochody

Redaktor Wojciech Orliński – którego cenię za sprawne pióro i niesamowitą znajomość amerykańskiej popkultury, a nie cenię za demagogiczną krytykę kapitalizmu bez proponowania alternatyw do niego – napisał do dzisiejszego magazynu Gazety Wyborczej ciekawy tekst pod tytułem „Samochód, moja wolność”.

Ciekawy, bo w odróżnieniu od większości swoich lewicowych pobratymców, Orliński podziwia samochód jako maszynę dającą swobodę podróżowania, dowolność wyboru własnej drogi, poznawania świata i nowych doświadczeń. Co prawda tu i ówdzie zastrzega się, że ekologia ważna, paliwo cenne, a przyszłość to ogniwa wodorowe – ale mimo wszystko: wiwat własne cztery koła!

Bardzo mi się ten tekst spodobał (mam nadzieję, że GW nie zamknie do niego darmowego dostępu), do tego stopnia, że zainspirował mnie do własnego podsumowania: dlaczego właściwie interesuję się samochodami?

Dla wielu osób bycie „petrolheadem” jest równoznaczne z fascynacją szybkością, mocą, sportem motorowym, czasem na Nürburgringu. Przyjmują jako oczywistość, że jeśli ktoś fascynuje się motoryzacją, to interesują go porsche, ferrari, mclareny, formuła 1, Roberto Kubika. No cóż, jak to mówią, I couldn’t care less. Nie bardzo kumam, co jest ciekawego w oglądaniu jeżdzących w kółko bolidów, albo taplających się w błocie rajdówek (BTW odróżniam wyścigi od rajdów, ale dopiero od niedawna…). Zrobiłem też w życiu parę kółek po torze gokartami – niewiele, ale wystarczająco, żeby uznać, że ściganie się w ogóle mnie nie interesuje. Z porsche ewentualnie przytuliłbym 912.

Mam za to dwa inne powody motoryzacyjnej pasji. Pierwszy, to chłopięca fascynacja samochodem jako inżynierską konstrukcją. Ktoś to narysował, zaprojektował, zbudował – i ze stosu arkuszy blachy powstała działająca maszyna! Interesują mnie ciekawe, niespotykane dzisiaj rozwiązania konstrukcyjne (i dlatego kupiłem mojego citroena GSA), ale też design samochodu jako przedmiotu sztuki użytkowej (dlatego z kolei moimi klasykami marzeń są citroen DS czy alfa GT Junior). Kręci mnie poznawanie twórczości projektantów samochodów: dzieła takich ludzi jak Sixten Sason, Paul Bracq, Robert Opron, Flaminio Bertoni czy Battista Farina to w ogóle są tematy na osobne wpisy. Z tego samego powodu nie rozumiem, jak można – wybierając sobie w salonie nowoczesny dupowóz – kupić auto brzydkie albo badziewnie skonstruowane (uwaga: nie dotyczy insignii; to nie ja ją wybierałem 😉 )

Wreszcie drugi powód – wracając do tekstu Wojtka Orlińskiego – to wolność, jaką daje podróż samochodem. Możemy wyruszyć w każdej chwili, gdziekolwiek; zboczyć z trasy, zatrzymać się, zwolnić albo przyspieszyć. Pojechać do sąsiedniej dzielnicy albo odwiedzić przyjaciół w dalekim kraju. Możemy jechać sami, albo w towarzystwie – siłą rzeczy, ze względu na ilość miejsc – najbliższych towarzyszy podróży. Możemy delektować się dźwiękiem silnika albo – co przyznam się, robię szczególnie chętnie – naparzać nocą po podświetlonym Moście Siekierkowskim słuchając puszczonej na cały regulator płyty Florence and The Machine albo Carmen Consoli i czuć jak po plecach przechodzą nam ciarki. Takiej wolności nie daje ani pociąg (choć pociągi darzę sympatią, pewnie po ojcu kolejarzu) ani samolot, autobus czy nawet motocykl.

Mamy z Wybranką w domu dwa samochody (GSA nie liczę, wiadomo, klasyk) i od wakacji roku 2013 zrobiliśmy nimi w sumie ponad 65 tysięcy kilometrów. Na Mazury, w odwiedziny do rodziny w Trójmieście czy na Śląsku, ale też na wakacje do Włoch czy Chorwacji, czy na ślub przyjaciela pod Paryżem. Zwykle ja jako pilot, ona jako kierowca. Podobnie jak redaktor Orliński, lubimy być w drodze: der Weg ist das Ziel, można powiedzieć. Trochę z tym trudniej, od kiedy jeździ z nami nasza trzyipółletnia pasażerka (która, nawiasem mówiąc, rośnie na blacharę – jej jedno z pierwszych słów, po „mama”, ale przed „tata” brzmiało „kia” – zanim jeszcze zaczęła mówić, kazała sobie objaśniać wszystkie marki samochodów na parkingu, kia była chyba najprostsza do wymówienia). Ale nie róbmy scen, trasę Warszawa-Pula zrobiliśmy całą rodziną w te wakacje w 13 godzin, więc można.

Na marginesie, takie nastawienie do auta jako środka transportu powoduje, że choć bardzo cenię teksty Notlaufa na Złomniku, to nie podzielam jego entuzjazmu dla wozów za 5000 zł. Samochód, który daje poczucie wolności podróży musi być niezawodny, rozsądnych rozmiarów, musi mieć wygodne fotele, dobre audio i klimę. Ekran dotykowy, rozpylacz zapachów, potrójne turbo i system start/stop są całkowicie zbędne, ale podstawa musi być, a to trudno kupić za 5 tauzenów. (chociaż czasami się da – moim faworytem jest tu niedoceniany jaktajmer czyli lancia dedra, o na przykład taka).

Cytując więc na koniec Orlińskiego: „Mam nadzieję, że dziś, gdy przeciwko motoryzacji trwa ekologiczna krucjata, wydarzy się coś podobnego jak w latach 1945-56. Wygra ludzka potrzeba indywidualnej wolności podróżowania.” Czego nam wszystkim życzę w rozpoczętym właśnie 2015 roku.

13 thoughts on “Dlaczego fascynują mnie samochody

  1. Przeczytałem dziś tekst Orlińskiego w autobusie do domu i też bardzo mi się podobał. Zresztą, jak i ten o tutaj. Trochę tak na uboczu, o ‚petrolheadach’:

    Wg. moich obserwacji polskiej motosfery „petrolhead” to pryszczaty mizoginista. Chociaż samochody lubię (prawie) wszystkie, nawet Ople, to nigdy nie nazwałbym siebie petrolheadem. Między innymi dlatego, że moją pasję do samochodów potrafię przekazać „żonie” i nie traktuję jej w sposób „i tak tego nie zrozumiesz boś baba”. Zdecydowanie wolę „pasjonat automobilizmu”.

    Z optymizmem patrzę też na rozwój motoryzacji – to, że za kilkanaście/kilkadziesiąt lat nie będzie silników spalania wewnętrznego mogę skwitować krótkim „i co z tego?” Dzięki temu pozbędziemy się archaicznego wynalazku o nazwie „manualna skrzynia biegów”. Ważne jest to, że mogę zapakować „żonę” i psa i pojechać w trasę bez celu, a nie to, że muszę kupować paliwo czy zmieniać biegi. Te „przyjemności” zostawiam ludziom na torach wyścigowych, tak jak kilkadziesiąt lat temu zostawiliśmy tam siodłanie koni i dresaż.

    Redaktor Orliński, choć momentami wychodzą u niego braki w programie, ma jasną alternatywę do współczesnego kapitalizmu. Jest tak lewacki, że powtarza postulaty republikanów z lat 50-tych i 60-tych (Eisenhower). Co niestety, choć proste i eleganckie, jest średnio wykonalne.

    • Zgadzam się po dwakroć. Zgadzam się, że motór na benzynę może zniknąć i wiele to nie zmieni. To raz. Dwa, że zgadzam się, iż WO ma jakiś tam swój program, ale tylko w książkach i niektórych artykułach. We wpisach na FB prezentuje raczej postawę „niedobrzy kapitaliści, be, be, fuj, a kysz”.

      A, i znam jednego petrolheada, który nie ma pryszczy.

  2. Ogólnie zgadzam się zarówno z tekstem Orlińskiego (co do którego mam podobne zdanie jak i Ty) jak i z Twoim, ale trochę dziwi mnie jedno: Z jednej strony piszesz, że fascynuje Cię samochód jako maszyna, jako konstrukcja z ciekawymi rozwiązaniami. A z drugiej piszesz, że motosport Cię w ogóle nie rusza. Na prawdę patrząc na to, jaką przyczepność osiągają nowoczesne rajdówki na luźnej nawierzchni, jak pracuje zawieszenie po skoku itd. itp., nie ma w Tobie refleksji nad tym jakie to są niesamowite dzieła sztuki inżynierskiej? No nie wierzę :). Motosport jest właśnie największą w motoryzacji kopalnią ciekawych, pomysłowych, dziwnych i absurdalnych rozwiązań technicznych.
    F1 nie bronię – sam nie oglądam, bo to jest autentycznie najnudniejsza seria wyścigowa obecnie (z wyścigów dużo lepsze jest WTCC i WEC oraz, mimo debilnego systemu punktacji, NASCAR). Ale jak spojrzysz na nią pod kątem historycznym i inżynierskim, szczególnie na pomysły zespołu Lotus (efekt przyziemny, silnik jako element nośny, co wtedy było rewolucją itd.), to i ona może być fascynująca. Z resztą nawet dziś, pod względem techniki, jest ciekawie – dominacja Mercedesa wynika z bardzo ciekawego pomysłu na turbosprężarkę, a nie tylko z największego budżetu :).

  3. Samochód daje wolność, niestety za tą wolność każe słono płacić. Duża większość użytkowników chcących skorzystać z tej wolności nie zna się specjalnie na tym jak i dlaczego to jeździ. Wolność w ich wydaniu oznacza sprawne dostanie się do pracy, szkoły, lekarza itp. Dlatego woli kupić coś nowego i mieć spokojną głowę, nie wnikając że coś starszego też może jeździć bezawaryjnie.

    A z budżetem 5 tyś to już nawet nie tylko Lancię Dedrę można kupić, ale i na Lybrę wystarczy.

    • No i w sumie się nie dziwię. Na polskim rynku kupno używki to loteria większa niż gdzie indziej. Plus, starsze auta nie tyle jeżdzą bezawaryjnie, co ich naprawy bywają prostsze i tańsze. Ale za to czasochłonne, więc jak kogoś stać to kupuje w salonie spokój na parę lat (sprawdzić czy nie 1.4 TSI 🙂 )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *