Testdrajw – korpoinsignia po 150 tysiącach kilometrów

Uwaga, dzisiaj będzie coming out.

Na co dzień jeżdzę insignią. Tak, oplem. Insignią.

Czyli autem, które dla jednych jest symbolem szarości współczesnej motoryzacji, a dla innych – podobno – poleasingowym marzeniem. A na pewno wołem roboczym flot firmowych (gdzieś czytałem, że tylko 20% produkcji kupują osoby prywatne).

Egzemplarz, którym jeżdżę, trafił w moje ręce pół roku temu jako tzw. samochód tymczasowy. Miał wtedy cztery lata i 145 tysięcy na liczniku. A że tymczasowe rozwiązania potrafią być najtrwalsze, jeżdżę nią do dzisiaj. W międzyczasie na liczniku pojawiła się okrągła liczba 150000, a obecny przebieg to ponad 153 tysiące. To dobra okazja, żeby podsumować jak jeździ się czteroletnim korpowozem niespecjalnie cenionej marki, z którym nikt się specjalnie nie cackał.

Chciałem zrobić zdjęcie z równym 150 000 na liczniku, ale oczywiście przegapiłem. No nic, zamiast tego niech będzie 151 000.

Dla niecierpliwych podsumowanie w jednym zdaniu: wbrew obiegowym opiniom – całkiem dobrze.

Insignia jaka jest, każdy widzi. Sylwetka, która może się podobać, choć osobiście wolę design mniej przypominający zużytą kostkę mydła. Samochód z zewnątrz wygląda na bardzo duży, więc tym bardziej zaskakuje dyspropoporcja między jego sporymi wymiarami, a ciasnotą w środku. Powiedzmy szczerze, jest to auto czteroosobowe, przy czym dobrze byłoby, żeby pasażerowie z tyłu nie byli zbyt wysocy. Plus, żeby nie mieli za dużo bagażu, bo bagażnik jest niewielki. Skośna tylna klapa obudowana od wewnątrz pękatymi plastikami dodatkowo go zmniejsza. Mistrz ładowności to nie jest.

Za to pod względem masy bije rekordy w klasie. Insignia waży od 1500 do 1600 kilo, więcej niż mondeo czy passat. Nie wiem, gdzie oni wsadzili te dodatkowe kilogramy. Tę wagę się czuje w tym jak to auto się prowadzi, przyspiesza i ile paliwa spala. Z fiatowskim dwulitrowym common railem, zasadniczo oszczędnym, moje aktualnie średnie spalanie to prawie 9 litrów na sto.

Insignia w kolorze corporate silver, w swoim naturalnym środowisku – na Domaniewskiej. Wyraźnie widać zakrzywienie czasoprzestrzeni spowodowane jej ogromną masą.

Często krytykuje się oplowski design deski rozdzielczej za słabą ergonomię i przeładowanie przyciskami. Dla mnie jest OK. Nie jest może wzorcowo, ale na pewno ergonomia jest lepsza niż we francuzach z tabletami, a design znacznie lepszy niż np. w fordach, których projektanci czerpią inspirację z chińskich wież Panasonix. Jest też poprawa w stosunku do poprzedniczki czyli vectry.

Jak się jeździ tym autem? Bez rewelacji, ale też bez wtopy. Jak już napisałem, jest trochę ociężała, ale na pewno nie jest zawalidrogą. Fotele z pompowanymi plecami są dość wygodne nawet na dłuższych trasach. Zawieszenie jest sprężyste, ale nie za twarde. Długi rozstaw osi daje miłą stabilność przy wyższych prędkościach. Silnik jest dość głośny po odpaleniu, jak to diesel, ale kabina jest nieźle wyciszona. Przy prędkościach autostradowych rzędu 130-140 km/h jedzie się komfortowo; przy szybszej jeździe jest już głośno, i to nie tylko za sprawą silnika, ale i szumu wiatru oraz kół. Z benzynami jest gorzej, przynajmniej ze starszymi wolnossakami i 1.6 turbo – są dość głośne i nieprzyjemnie brzęczą. Nowa benzyna 1.6 SIDI jest podobno pod tym względem znacznie lepsza. Zdarzyło mi się też jechać topową wersją V6, tam silnik wydaje z siebie przyjemny, chociaż cichutki pomruk.

Fabryczne audio nie zachwyca, choć jest znacznie lepsze niż na przykład w volkswagenie.

Z praktycznych rzeczy przeszkadza brak miejsca w bagażniku – jechaliśmy kiedyś w czterech chłopa na tygodniowy rejs po Bałtyku, każdy miał po jednej torbie plus trochę zapasów jedzenia – trzeba było naprawdę dopychać kolanem. Można by się jeszcze przyczepić do rozkładu przycisków na kierownicy – z jakiegoś powodu nie ma tam sterowania radiem. Ale to już pierdoła. Poza tym jest to absolutnie poprawny, normalny wóz, zupełnie niewart negatywnych opinii, jakie się słyszy na jego temat. Z drugiej strony nie jest to też na pewno żadna klasa premium, jak to Opel stara się czasem przedstawiać.

Jak to auto znosi ponad cztery lata korporacyjnej eksploatacji? Zgodnie z wieloma stereotypami, powinno się już rozpadać. Po pierwsze, opel, wiadomo, się psuje. Po drugie, nowoczesny turbodiesel z wieloma generatorami awarii, plus spora liczba elektronicznych gadżetów. Po trzecie, flota. Auto firmowe nie ma lekkiego życia. Co prawda jest regularnie serwisowane, bo takie są wymogi firmy leasingowej, ale nikt się nie bawi w drogie oleje czy wymiany części na zapas. Kierowcy też się raczej nie cackają.

Biorąc to wszystko pod uwagę, jest całkiem nieźle. Zaczynając od silnika – turbina, wtryski, DPF są sprawne. Powoli odzywa się dwumas, ale w końcu po takim przebiegu ma już prawo. Nadwozie nie ma rdzy.

Nie zdarzyły mi się poważniejsze awarie – raz tylko wysiadł któryś z czujników, przez co wyłączył się ABS, ale zostało to naprawione w jeden dzień.

Wnętrze prawie nie jest zużyte – wyślizgane są najczęściej używane przyciski na radiu (ale farba z nich nie zeszła), oblazła srebrna folia z jednej z wewnętrznych klamek.

Klasyczne ujęcie z ogłoszeń na Allegro – skóra na kierownicy nie jest wytarta.

Ani na gałce zmiany biegów

Fotel kierowcy nie stracił formy, materiał na nim nie jest przetarty nawet w newralgicznych miejscach.

Natomiast jest kilka miejsc, w których auto nosi jednak znamię swojego korporacyjnego życia. Jednym z nich jest podłoga pod pedałem gazu. Ależ nerwowy musiał być pierwszy użytkownik tego wozu, że aż wydeptał obcasem taką dziurę:

Drugi kwiatek to pozostałość jakiejś naprawy po taniości technologią godną Cytryna i Gumiaka. Po otwarciu maski ukazuje się taki widok:

Cóż to jest tam po prawej, przymocowane trytkami i taśmą klejącą? Jakiś moduł elektroniczny.

Dodatkowo oryginalny korek wlewu płynu do spryskiwaczy został kreatywnie zastąpiony zakrętką od szamponu…

Czy kupiłbym insignię za własne pieniądze? Pewnie nie. W tej klasie jest sporo lepszych, ładniejszych, praktyczniejszych aut, jak choćby mazda 6. Ale z drugiej strony nie jest to na pewno zły samochód, i wcale się nie dziwię, że – przy gigantycznych zniżkach, które opel daje firmom leasingowym – jest tak popularny jako auto firmowe.

A „mój” egzemplarz w nowym roku idzie na sprzedaż. Zastąpi go też insignia, ale z turbobenzyną 1.6 SIDI, wyposażoną w jeszcze większą ilość generatorów awarii. Zostańcie nastrojeni, będzie kolejny testdrajw.

 

21 thoughts on “Testdrajw – korpoinsignia po 150 tysiącach kilometrów

  1. Opel to nawet do końca beznadziejny być nie potrafi. A ta Insignia jest tego idealnym przykładem: nie jest to szczególnie dobry wóz, ale nie jest też zupełnie zły. Jest po prostu żaden.

    • Racja, ale czy powinno się z tego robić zarzut? Większość wozów z czołówki sprzedaży jest nijakich: skoda, toyota, opel. Kupując insignię czy avensisa dostajesz po prostu samochód sztuk jeden.

    • Jak dla mnie Insignia dobrze wygląda 🙂 kiedy ją wprowadzili prezentowała się naprawdę fajnie i moim zdaniem dobrze się starzeje. Tylko jest… „niedoinżynierowana” 😀 mało wykorzystano miejsca na jakieś schowki, waży tyle co dostawczak, ale dzięki temu też najwyraźniej trzyma się 🙂 znajomy też ma czarną „flotową” ale jest szefem swojej firmy i ma to praktycznie jako swoje prywatne auto, i poza tym że 2l Diesel ledwo to ciągnie, nie narzeka, zawieszenie się trzyma, silnik jest FIATowski więc pewnie tylko dlatego ciągle jedzie bez problemu 😛 w porównaniu ze Skodą czy Avensis, Insignia wygląda jak milion dolców. Tak ją reklamują. A że jest ciasna i całkowicie odwrotnie proporcjonalnie zwinna do wyglądu który coś tam zapowiada… bywa 🙂 przynajmniej ma radio a nie tablet.

        • Niby fajne… ale przebijają je alfy z lat ’70. Z dzisiejszych aut podoba mi się deska w volvo (w wariancie bez wyświetlacza) i BMW. Pug 308 same zegary też ma bardzo fajne.

          • Olaboga! Miałem sobie kupić nowe V40 – w zegarach nie ma temperatury cieczy (sic! nie ma chyba nawet takiej lampki, co gaśnie, jak się silnik nagrzeje, jak nowa Mazda 3), obrotomierz jest malutki i „dziwny”, za to jest wielki wskaźnik „Eco”. Samo autko jest cudne, ale te zegary + mikry bagażnik = inna decyzja zakupowa.
            W wersji z TFT można chociaż zobaczyć ten wskaźnik temperatury (w wersji „Sport”, bo wiadomo, że normalnie się z tego nie korzysta 🙂 ), ale ja wyświetlaczy nie lubię.

  2. Domaniewska, co za znajome widoki.

    Zegary miały wyglądać jak w Alfie, tylko zapomnieli zapłacić żeby je zaprojektowano, pieniędzy wystarczyło tylko na tuby.

    Wczoraj rozmawiałem z kolega, który kupił sobie Insignię, czteroletnią, równo rok temu i na dniach skończyła mu się gwarancja. Trzy dni później zamek w tylnej klapie odmówił posłuszeństwa i musiał się rozstać tymczasowo z bagażnikiem.

    • Ale żeby nie było – nie pracuję w Mordorze. Tylko podjechałem tam w sobotę na zdjęcia 🙂

      Brak bagażnika, phi. W przypadku insigni i tak nie robi to wielkiej różnicy w ładowności.

  3. Mordor w weekend to jest jeszcze bardziej depresyjne miejsce niż w tygodniu. Ostatnio odbierałem tam jakąś paczkę w sobotę o 17.00. Na ulicy żywego ducha, wszystko pozamykane (nawet Żabki), jakby tam kogoś zamordowano to by ciało znaleźli dopiero w poniedziałek 🙂

    Co do Insigni to mam dokładnie to samo odczucie. Auto jest po prostu opasłe i tą nadwagę czuć w prowadzeniu. Można twierdzić że Passat, Avensis czy C5 są tak samo nudne ale przynajmniej nie prowadzą się jak połączenie wieloryba z czołgiem Sherman.

    • Jakby znaleźli ciało, to by pomyśleli, że po prostu koleś się nie wyrabiał z targetem, więc został na weekend i zasnął przy biurku…

      Passat, przy wszystkich hejtach w jego stronę, prowadzi się całkiem nieźle. Kolega ma 1.4 TSI 160 KM, absurdalny silnik i akceptowalny tylko w formule „3,5 roku leasingu i zapomnij”, ale jakoś to jedzie i jakoś skręca.

    • Co do Shermana, podobno w wersji z zawieszeniem HVSS prowadził się całkiem nieźle 😉

      Ale do rzeczy. Z samochodów klasy średniej produkowanych przez firmy nie kojarzące się z luksusem (tak więc produkowanych nie przez BMW, Mercedesa, AUDI i podobne marki) wybrał bym Citroena C5. Nie dlatego że obecnie jeżdżę BXem (tym bardziej że z youngtimerów wolę tylnonapędowe Peugeoty), ale z tego względu że C5 ma wyróżnik, konkretnie hydropneumatyczne zawieszenie. Może wyróżnik nic nie dający, ale jednak, istniejący. Natomiast brak takiego wyróżnika w Mondeo, Insigni czy Passacie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *